fbpx

Jak to jest zostać 30-latką w czasach Koronawirusa w dodatku z ospą wietrzną?
Jeśli kto myśli, że Covid-19 to wystarczający powód żeby zepsuć plany na wystrzałowe 30-ste urodziny to się myli. Zawsze można jeszcze niespodziewanie zachorować na ospę wietrzną. Tak tak, w wieku 30-stu lat można zachorować na ospę wietrzna nie wychodząc z domu, ewentualnie wychodząc 5 razy w przeciągu dwóch miesięcy i to w maseczkach (!).

No cóż, życie pisze różne dziwne scenariusze. Liczę się z tym i akceptuję. Ale jeśli do tego wszystkiego dołożyć znów jebnięcie w lędźwiach na dzień przed tą wiekopomną chwilą to ja pytam: gdzie jest scenarzysta i ukryta kamera?! ^^
Czy mam szansę na zapis w rekordzie Ginesa w top 10 największych pechowców 2020 przed/po 30-stce?! I nawet chyba nie ma takiej kategorii przed/po/w trakcie. Jak żyć…

Ale żebyście nie myśleli, że teraz tylko czarna rozpacz, ból i smutek i już nic mnie nie czeka na tym ziemskim łez padole to powiem Wam, że cieszy mnie niezmiernie jak to się mawia „zmiana kodu na 3 z przodu”.

Nigdy nie miałam problemu z wiekiem, w sensie nie załamywałam się na myśl o tym, że pojawi się dwójka z przodu, potem trójka itd. Może mi się to zmieni w czasie, aczkolwiek nie zanosi się na ten moment. Nigdy nie płakałam, że się starzeję może czasem w żartach sytuacyjnych. Ogólnie jestem bardzo szczęśliwa i wdzięczna, że mam tę szansę żyć i świętować (skądinąd) swoje kolejne urodziny. Mam cudownego Człowieka obok siebie, świetne siostry, życzliwych ludzi, Ci mniej życzliwi szybko sobie poszli, mam pracę, zmieniam ją na inna niebawem, rozwijam się. I tylko żeby jeszcze zdrowie było! Najgorzej nie jest, ale zawsze mogłoby być lepiej. Bo od jakichś dwóch lat nie mogę wejść na dobre obroty żeby biegać tak jak mi się marzy i robić tyle ile bym chciała. Zawsze jakieś dziadostwo się napatoczy i ścina mnie z nóg. Liczę, że tym razem już moja zła passa dobiegła końca i w momencie wyjścia z ospy zostawię za sobą wszystkie kontuzje, bolączki, osłabienia.

Eva forteva!

I śmiechłam tutaj bo zdałam sobie właśnie sprawę jak ten los jest przewrotny. Właśnie wtedy kiedy założyłam tego bloga i zaczęłam się rozpisywać to moje zdrowie zaczęło szwankować. A zapowiadało się tak fajnie!

Chciałam Wam tutaj opisywać moje biegowo- życiowe przygody. Nie jakieś tam testy, kadencje, progresy, tempówki. O nie nie, ja jestem amatorem, ja się tego słowa nie boję! Nie chcę wam wciskać kitów o jakichś tam progach mleczanowych, treningach beztlenowych, super nowych zegarkach do biegania. Ja kocham mój używany Forerunner 630 i dopóki nie wykituje ja go nie zmienię! Od technicznych spraw są inni, mądrzejsi w tej branży! Zapraszam do Warszawski Biegacz albo Run The World! Podziwiam, szanuję, ale ja jestem amatorem amatorów. Nie znam się na tym. Ewentualnie co mogę powiedzieć to w jakim staniku sportowym cyc mi nie lata i jakie buty do biegania kocham najmocniej na aslaft albo w góry! <3

 

Ja chcę Wam mówić tutaj o moich przeżyciach, o tym jak bieganie mnie uratowało. Jak pomogło mi w życiu, jak naprawiło mi głowę i wypełniło serduszko <3

Tak sobie postanowiłam, że na tę 30-stkę to zacznę pisać tego bloga na nowo zupełnie, tak jak ja chcę bez żadnej spiny i nawet jakbym miała go czytać tylko ja i mój Człowiek (on nie ma wyjścia), to będę go pisała. I jak może kiedyś ktoś na niego trafi, taki sam amator jak ja przeczyta, że nie musi być jedną wielką żylastą życiówką żeby móc biegać maratony i ultra to się ucieszy odetchnie i pokocha to swoje bieganie takie jakim może być. Takim nieidealnym, może bez planu treningowego, super smartwatcha, trenera i diety odmierzonej co do grama.

Bo jeśli chodzi o to bieganie, które ja kocham to jest to wolność i oddech, którego w codziennym pędzie tak mi brakuje. I nawet jeśli nie jest high level to jest mi potrzebne i mnie ubogaca. I do takiego spojrzenia na bieganie będę Was zachęcać i do znalezienia w tym bieganiu swojego katharsis.

I to jest mój przekaz wkraczając w trzecią dekadę mojego żywota.