fbpx

(…)

Boli mnie żołądek, serce wali jak młot.

Dość, już nie zasnę. Pora wstawać.

 

02:05

Duszno, niewygodnie, serce  zaraz wyskoczy z piersi. Myślę sobie „o cho” będzie impreza!”. Każdy reaguje inaczej na stres, ja udaję, że go nie ma po czym objawia się problemami żołądkowymi. Natury nie oszukasz.

Biorę kupiony dzień wcześniej przez Michała przeterminowany węgiel, sztuk 4. Innego nie było, a wiadomo węgiel dobra rzecz. Na pewno nie zaszkodzi, a może pomóc 😉

Uprzedzam krytyczne opinie, szczerze wątpię w możliwość przeterminowania się węgla, poza tym lubię życie na krawędzi 😋 Nie jest to żaden post sponsorowany, al jak się później okaże specyfik bardzo mi pomógł więc obok zamieszczam zdjęcie mojego wybawiciela. Może komuś przyda się ta wiedza, nie obiecuję, że taki z dobrą datą przydatności ma Tę MOC😅

02:30 

Zbieram tobołki i idę się ogarnąć, może mi się polepszy. W myśl idei: co nie dobiegnę to dowyglądam robię makijaż. Nie jakiś full tapeta, taki tylko, żeby był. Trochę tuszu i jakieś mazidło na twarz, słońce ma grzać. Nie zapominam!

02:45

Wyciągam przygotowane wcześniej naleśniki i smaruję powidełkami, robię gorąco miętę i konsumuję na siłę. Na pustym żołądku daleko nie polecę, więc ryzykuję. Gorzej raczej już nie będzie. W kuchni zamieniam kilka zdań z nowo poznanym kolegą z pokoju obok. On odgrzewa spaghetti z mięsem. „Niezły hardcore” pomyślałam. Dla mnie takie ciężkie danie tuż przed startem nie sprawdza się, już przetestowałam stąd ten zaskok. Ale na zdrowie! W innych okolicznościach liczyłabym, że mnie poczęstuje 😆

Międzyczasie powoli budzi się do życia pozostała część ekipy, a ja ładuję pierwszy drugi, trzeci naleśnik. Tak jakby mi lżej. Naleśniki i mięta + węgiel dały radę. Stan stabilny- będę żyła. No dobra, przynajmniej dotrę na start, potem się zobaczy 😉

04:35

Wszyscy gotowi do wyjścia. Jeszcze ostatnie sprawdzanie czy wszystko jest na swoim miejscu. Było już wczoraj, ale warto się upewnić.

„Michał, weź węgiel ze sobą, może mi się przydać”. Jak rzecze staropolskie przysłowie „Przezorny zawsze ubezpieczony”😎

Dlaczego do jego plecaka, a nie mojego? Bo łatwiej jest mi wyciągnąć bez ściągania całego majdanu z pleców i szybciej cała akcja przebiega, gdyby coś 😉

300 metrowy spacer w mglistym mroku główną ulicą Krempnej i jesteśmy w centrum zamieszania. Start spod szkoły, czyli biura Organizatorów. Timer odmierza ostatnie minuty do startu. Gorączkowo ostatni raz lecę do toalety, potem czekają mnie tylko krzaczki, pola i lasy. Chciałaś luksusów no to masz 😉

 

04:55

Jeszcze chwila pogaduszek, słuchanie rad, wymiana wskazówek, życzenie powodzenia, ostatnia fota. Ustawiam się gdzieś pod koniec. Takie przyzwyczajenie, nie będę się przepychać, a za chwilę i tak będę na spokojnie mijać- taki był zamiar i….

05:00

START!!!

Ruszyliśmy! 😀 Ależ emocje!!!😸, ale wszystko na spokojnie, za innymi. I tak szybko zaczęłam, ale mimo wszystko biegło mi się bardzo lekko. Pierwszy kilometr po asflalcie i koniec sielanki., Wbijamy w las. Zaczyna się.

Kolejne 5 km nieustannie w górę.Leci mi się nad wyraz lekko, myślę sobie nie daj się podpuścić bo będziesz umierać. Przed Tobą dziewczyno jeszcze 52 km, spokojnie. Ale tempo było zbyt wolne, zaczęło mnie to irytować. Zbyt wiele osób przede mną zaczyna torować mi drogę, za szybko. Ciężko minąć bo jest wąsko, mokro od mgły, wciąż niewiele widać. Kilka osób udaje się wyminął, na szczęście! Już wiem, że popełniłam błąd na starcie ustawiając się tak daleko. To nie asfalt, gdzie łatwo można wyprzedzić. Pierwsza lekcja zanotowana z tyłu głowy.

Przydarzył się zbieg! No to lecimy, ale niestety pęcherz się przypomniał i teraz trzeba szukać „krzaczka”. Minuty uciekają, kolejna grupa nas przegania. Mówi się trudno. Może wyjdzie nam na dobre, trochę towarzystwo się rozproszy, będzie luźniej na trasie.

Ulżyłam sobie i lecimy dalej. Nieustannie mój Człowiek przy mym boku, ramię w ramię 😘

Super, nareszcie można trochę poswawolić i rozkręcić nogi. Czuję głód żeby jeszcze podkręcić tempo. Może nie uwierzycie, ale nigdy wcześniej nie miałam takiego poczucia. Apetyt rośnie w miarę jedzenia 😛 Michał zauważył to moje rozbrykanie bo od razu mnie zrugał, abym nie kozaczyła bo przede mną jeszcze 50 km. Ale napotkaliśmy kolejny zbieg, tym czasem słońce już mniej wstydliwie zaczęło wyglądać zza drzew. Będzie cudowny wschód słońca i lecimy z górki na pazurki! 😀

Super mocny, ostry zbieg, to o nim organizatorzy uprzedzali dzień wcześniej, że można się zgubić. I nagle zza pleców słychać krzyki, gwizdy. F*ck…..zboczyliśmy z trasy, zawracamy! Jakieś 300 m zawrotki, tym razem pod górkę i koło kamienia jednak w prawo. Wracamy na szlak.

Jeszcze chwila i wybiegamy na polanę, a tam…. Każdy nagle staje jak oczarowany, jak obuchem w łeb i tak dalej… Takich cudów nie widziałam nigdy wcześniej. W nosie wyniki, czasy i podium. Każdy jak leci zatrzymuje się, wyciąga telefon i cyka fotki. Zza opadającej mgły nad skoszonymi polami wyłania się złote słońce… Tego nie da się opisać słowami to trzeba zobaczyć i przeżyć. Jak jak sobie dziękowałam w tym momencie, że wstałam tak rano i mogłam wystartować i zobaczyć to cudo…

Poniżej zdjęcia, tak budzi się Beskid Niski do życia 😍

Jedno wielkie WOW!

Trzeba było jednak otrząsnąć się i lecieć dalej. Po kolejne piękne widoki 🙂

Do 15 km lecieliśmy ramię w ramię, potem Michał zaczął mieć problemy, ale dzielnie próbował nie dać po sobie poznać, że coś się dzieje. jednak sprawne oko fachowca (czyli mnie:P) wyłapało, że coś jest nie halo. Mimo wszystko starałam się nie panikować i nie użalać się nad nim, Bacznie obserwowałam rozwój sytuacji, aby móc w razie „W” zareagować.

Do pierwszego punktu na 20 km dotarliśmy po ok. 3 h . Wciąż pluję sobie w brodę, że wystartowaliśmy z samego końca, skąd bardzo ciężko było potem wyprzedzać i straciliśmy masę czasu na tych manewrach.

Na punkcie w Chyrowej przywitała Nas Ola z Kwiatkiem, a następnie Karolina. Dzięki, której mamy takie piękne foteczki 😀

Uciążliwy był ten katar, na tyle, że nawet na zbiegach musiałam sięgać po chusteczkę żeby ne zasmarkać sobie odzienia. Jak ja wbiegnę na metę taka zasmarkana….

Nie potrzebuję światowego dnia optymisty, już wtedy wiedziałam, że dam radę dotrzeć na metę 😀

Widzisz Michał! Wcale nie taka ze mnie pesymistka jak mnie malujesz 😂

Na dowód swej alergii nawet mam zdjęcie. Nie znowu jakieś ładne, włosy już ulizane i mokre od rosy i potku. No cóż, takie skutki biegania po górkach. Jak gwiazda to ja wyglądać nie będę. Potem będzie tylko gorzej 😅

 

Krótka wymiana zdań, podśmiechujki. Ogólny rekonesans, jak samopoczucie, uzupełnienie płynów, kawałek arbuza, pomarańcza i gryz jagodzianki. Jakiś taki przestój na punkcie, tylko kilka osób i tutaj konsterna, czy jesteśmy na samym końcu czy jak?!😅

Lecimy dalej 🙂

20 km w nogach, a ja nadal czułam się świetnie. Zupełnie jakbym dopiero wyszła z domu na trening. Nie wierzę 😀

Wszystko było jak najlepiej poza tym, że praktycznie od początku miałam atak alergicznego kataru. Niczym nie mogłam powstrzymać cieknącego nosa.

Wilgotna i gorąca aura nie ułatwiała mi zadania i praktycznie przez 40 km biegu ciągle miałam w ręce chusteczki. Sorki, ale smarkanie na furmana to dla mnie za wysokie progi. Nie umiem.

 

Naciskam kolejne literki na klawiaturze i z przerażeniem stwierdzam, że musiałabym tutaj książkę napisać, a to tylko jeden bieg ultra. W dodatku nie na takim długim dystansie. Boję się pomyśleć co by było po takim 100 kilometrowym wypadzie 😋

Ruszamy jednak dalej, bo historia ta ma swój dalszy ciąg 🙂

Lecimy kolejne kilometry. Do kolejnego odżywczego punktu, drugiego i ostatniego na 47 kilometrze dotarliśmy z bardzo dobrym czasem, po drodze mieliśmy jeszcze jeden punkt z wodą na 36 km. Co było bardzo zbawienne bo w bukłaku woda praktycznie mi się skończyła. W trakcie całego ultra piłam bardzo dużo, jadłam żelki, czekoladowego wafelka i to co dostępne było na punktach. Głownie arbuz, pomarańcze i galaretki 😀 To jest coś co wiem, że na pewno mi nie zaszkodzi.

Jak już wspomniałam na 47 km byliśmy dość szybko, mimo tego, że Michał czuł się bardzo źle to dzielnie walczył i wciąż lecieliśmy razem. Kilka razy sugerował mi abym go zostawiła, no ale ten temat nawet nie podlegał dyskusji. To moje pierwsze ultra, jeszcze nie jedno przede mną, a to od początku do końca mieliśmy przebiec razem. Czas tutaj nie był priorytetem.

Na ostatnim punkcie w Ożennej ponownie czekała na nas Karolina. Dziękuję Ci Rudzielcu, że byłaś, taszczyłaś nasze toboły i cykałaś wszystkim dookoła fotki. Teraz nie mogę opędzić się od chętnych aby je zobaczyć 😁 Naprawdę dzięki! Wiesz jak mi zagospodarować czas 😛

To właśnie w Ożennej spotkaliśmy znajomych  Dominikę i Armanda, jakie to było pozytywne zaskoczenie spotkać kogoś znajomego, jeszcze tak pozytywnego po 47 kilometrach 😀 Fajnie było Was widzieć, dzięki za colę i wodę 🙂

To właśnie na tym punkcie, w tym miejscu podchodzi do nas jeden z Orgów i zadaje pytanie: „58 czy 92?”.

Chwila zawahania…. Gdybym biegła sama zaryzykowałabym 92 km. Nie czaruję, miałam dzień konia. 47 km, a ja nie czułam żadnego zmęczenia. Od samego początku jednak sprawa była jasna, biegniemy razem. Równocześnie mówimy 58 km i wybiegamy z Ożennej w stronę Krempnej. Ostatnie 11 kilometrów i jesteśmy w domu.

Dopiero na 50 kilometrze, długa prosta pod górę po asfalcie, zaczynam czuć delikatnie uda 👣, bez rewelacji. Cisnę dalej do przodu, wiem, że im dłużej jestem wystawiona na słońce w akompaniamencie rozgrzanego asfaltu, tym gorzej dla mnie, Chcę jak najszybciej znaleźć się na szlaku na Wysokie. Stamtąd już tylko 5 km do mety 😍

Właśnie tam, na 53 kilometrze pada mi zegarek. Nieważne i tak długo wytrzymał, mój stary poczciwy Forerunner 110 <3

Jesteśmy na szczycie, gdzie wita nas Polska flaga i śpiew dwóch orlików krzykliwych odprawiających taniec, w locie nad szczytem. Tak się składa, że to właśnie ten ptak jest symbolem Magurskiego Parku Narodowego 🙂

Ostatnia prosta w dół!

Tutaj już czuję bardziej stopy i uda, najbardziej palce prawej stopy, idąć w ślad za dobrymi praktykami madki Mielec walnęłam z całej siły z „czuba” w ukryty korzeń. I tym oto sposobem niebawem stracę ponownie paznokieć 😉

🏆

Ostatnia prosta to już tylko formalność. Michał walczy ze sobą, a ja nie bardzo cokolwiek mogę zrobić. Nie chcę się zatrzymywać, przechodzić do marszu. Bo dopiero wtedy zaczyna boleć, wolę biec, pomału, ale nieustannie. Tak jest najlepiej.

Po drodze nagrywam krótkie instastory. Chciałam pokazać jak to jest w trakcie takiego biegu, sama do tej pory byłam ciekawa 🙂

Zostały ostatnie metry, dobiegam do bramy wjazdowej na teren szkoły gdzie znajduje się meta i czekam na Michała. Razem wbiegniemy na metę jak sobie obiecaliśmy, tak też się stało 🙂

Łzy wzruszenia, nieopisana euforia i poczucie, że zrobiłam wszystko jak należy 🙂

Tym bardziej cieszy, że od początku do końca biegliśmy razem. Mimo kryzysu Michała daliśmy radę, bez żadnych zgrzytów. Pierwsze wspólne ultra mamy za sobą, koty za płoty 😀

Podoba mi się ta gra.

Będę biegać ultra 😀