fbpx

Maratona do Porto- Porto Maraton 2018

– rozpoczynam ten wpis w samolocie do Polski. Godzina 22:01. Trzy dni po starcie, po całym zamieszaniu. Emocje opadły, medal schowany głęboko w plecaku leci do Warszawy. Spotkamy się na lotnisku około północy.

Zanim jednak przejdę do samego biegu chcę Wam opowiedzieć całą historię. Jak to się stało, że w ogóle tam wystartowałam i wciągnęłam w to również mojego Człowieka 😉.

Zacznę od tego, że Kocham Portugalię. 7 lat temu miałam przyjemność trochę postudiować w tym pięknym kraju i miłość zakwitła. Kiedy tylko mogę wracam do Lizbony czy Porto aby naładować baterię. Stąd również i tym razem celem mojej wycieczki stały się te dwa miasta.

Całkiem przypadkowo w kwietniu tego roku natrafiłam na informację o Maratonie w Porto no i poszło. Spontanicznie zapisałam siebie i Michała. Jest cel, będzie więc motywacja aby zacząć biegać i może pierwszy raz w życiu trzymać się jakiegoś planu.

Każdy powód jest dobry aby spróbować. Do tej pory nigdy nie biegałam ze ściśle określonym planem. Wiem, brzmi to źle patrząc na zdobytą Koronę Półmaratonów Polskich, Koronę Maratonów Polskich i jeden bieg ultra na swoim koncie – Magurski Ultramaraton 58 km.

Nigdy nie biegałam dużo, bardziej na wyczucie i maksymalnie 3 razy w tygodniu.
Tym razem chciałam inaczej, jednak nie bardzo wiedziałam jak się do tego zabrać. Trochę czasu minęło i w sumie dopiero po Festiwalu Rzeźnickim coś zaskoczyło. Wiele spraw przemyślałam i nie chciałam kolejny raz zrobić czegoś tak na odczep się.

Chciałam przygotowań, wyzwań, wyników i satysfakcji.
Poprosiłam o pomoc świetnego biegacza, aby mnie nakierował w sprawie treningów. W końcu ja nigdy wcześniej nie trenowałam. No i zgodził się pomóc :). Kilka miesięcy więc biegałam zgodnie z planem, wyniki na treningach były obiecujące. Sama nie wierzyłam, że mogę tak szybko biegać. Nadal ciężko jest mi to zaakceptować i wiem, że dużo przede mną pracy, aby uwierzyć, że jestem w stanie Jednak na 6 tygodni przed Porto Maratonem 2018, cel złamanie 4 h był osiągalny jak jeszcze nigdy.

Biegało mi się świetnie, dobrą formę potwierdził udział w Magurskim Ultramaratonie gdzie miałam dzień konia, ale w związku ze słabą kondycją mojego partnera i debiut na tak długim dystansie bieg miał charakter wycieczki biegowej. Po samym biegu czułam się wyśmienicie, delikatnie zmęczona mimo upału, który doskwierał na trasie, było lekko.

Wracając do tematu maratonu, to właśnie na miesiąc przed planowanym wylotem wszystko zaczęło się chrzanić. No bo jak nazwać okres kiedy wszystko spada na Ciebie tak nagle, jedno po drugim rujnuje Twoje plany i marzenia.

Najpierw ostre przeziębienie, potem kontuzja (w zasadzie dwie w jednej nodze!), znów przeziębienie i na dobitkę nagłe problemy z kręgosłupem. Tak silny, przeszywający ból, że jeszcze 3 dni przed wylotem nie byłam pewna czy będę w stanie normalnie chodzić.
Na szczęście z tym pomogła mi fizjoterapeutka Ania za co z tego miejsca bardzo jej dziękuję, że postawiła mnie na nogi. Dziękuję również drugiej Ani, która bardzo przejęła się moją niedyspozycją i poleciła Anię (pierwszą! 😉) i opiekuńczo dopytywała o stan mojego zdrowia. Raz jeszcze dziękuję obu Aniom! 🤗

Tak więc ostatni miesiąc należał do najczarniejszej części mojego okresu przygotowawczego. W tym czasie byłam w stanie przebiec niecałe 40 km, ale przynajmniej w dniu wyjazdu byłam w stanie w miarę normalnie chodzić. Do Portugalii więc leciałam już nie po wynik, a tylko po to aby świetnie się bawić, pozwiedzać ile się da. No i doświadczyć udziału w tym cudownym biegu jakim jest niewątpliwie Maratona do Porto 🤗

Życie pisze różne scenariusze, a ja dostałam pstryczka w nos. Tak bywa 😉
Nie załamałam się jednak (to nie koniec przecież mojego biegania). Było mi najzwyczajniej w świecie przykro, że z jednego bagna wpadam w drugie, chociaż miałam poczucie, że robię wszystko co w mojej mocy aby grało. No może nie wszystko… bez winy też nie jestem, ale o tym następnym razem 😉
Bywa i tak.

Przylecieliśmy do Porto na 4 dni przed startem, zwiedzaliśmy ile się dało. W dwa dni zrobiliśmy pieszy Maraton (2x 22 km), a kto zna choć trochę topografię Portugalii wie, że jest to niemały wyczyn aby tyle przejść.

Wszędzie stromo, brukowane uliczki z górki i pod górkę. Wszędzie strome schody, na które trzeba się wdrapać, albo z nich zejść tak żeby się nie wypierdzielić 🙂 .

Muszę tutaj wspomnieć od razu o pogodzie bo jak potem zobaczycie miała ona duży wpływ na całą imprezę, przed, w trakcie i po samym Porto Maratonie 2018.
Już przed wylotem wiedzieliśmy, że natura z nas zakpiła i poplątała wszystko. Za każdym razem kiedy leciałam do Portugalii w listopadzie temperatura oscylowała w granicach 25- 30 stopni Celsjusza.

Tym razem jednak pogodowo Portugalia zamieniła się z Polską i w Kielcach było pięknie, ok 20 stopni, cudowna złota jesień, tak w Portugalii tylko raz w drugim dniu pojawiło się słońce i temperatur 18 stopni. Dzięki czemu chociaż na chwilę mogliśmy zdjąć kurtki i użyć trochę słońca nad Oceanem.

Drugi dzień

udał nam się najbardziej z całej wycieczki jeśli chodzi o pogodę i zwiedzanie. Powędrowaliśmy do dzielnicy portowej- Matosinhos, z której startować i finishować miał Porto Maraton (Maratona do Porto). Cóż to za niesamowite miejsce!

Jakkolwiek centralne Porto może niestety miejscami przerażać i zasmucać ilością opuszczonych budynków i ruin, tak ta dzielnica jest stworzona dla turystów i podniebienia! Ryby łowione prosto z Oceanu, dwie godziny później mogą wylądować na Twoim talerzu.

A zamach świeżych ryb i wody morskiej (słonej!) rozciąga się po całym wybrzeżu! Jest to przyjemny delikatny sapach, który łaskocze nasz węch i pobudza kubki smakowe.

Co ciekawe po dłuższym pobycie na plaży jeśli dotkniesz językiem swoich ust to poczujesz słony smak! Tak! To właśnie oceaniczny wiatr oblepia nasze ciała i ubrania solą morską. Po powrocie do hotelu czułam ten piękny zapach na kurtce, we włosach i całym ciele. Niesamowite doznanie :).

Wybrzeże jest dość długie więc kilka godzin spokojnie można spacerować po plaży czy deptaku gdzie można spotkać wielu biegaczy i podziwiać okoliczne zabytki :).

Nie można wymarzyć sobie lepszego miejsca na maraton :). Większość trasy Porto Maratonu prowadzi przy Oceanie Atlantyckim lub rzece Duoru, której otoczenie jest również piękne jak to w dzielnicy Matosinhos, ale o samej trasie…później…:).

Oczywiście nie mogliśmy nie spróbować Bacalhau właśnie obok portu, z którego dostarczane są świeże ryby, to dziwne coś na „B” to dorsz, jedna z najczęściej używanych ryb w portugalskiej kuchni. Wieść niesie, że Portugalczycy potrafią przyrządzić dorsza na 1000 sposobów. I ja im wierzę 🙂

Nigdzie indziej niż w Portugalii i w Porto nie jadłam tak pysznych, mięsistych i świeżych ryb jak właśnie w dzielnicy Matosinhos.

A dania są tak ogromne, że obsługa restauracji poleca aby zamówić jedną porcję dla pary, gdyż ona w zupełności wystarczy dla dwóch głodnych facetów :). Zgadzam się z tym faktem :D. Jeszcze raz powiem, że było przepyszne^^.

Powiedzcie mi jak można myśleć o startowaniu w maratonie, kiedy na każdym rogu widzi się niesamowite cudowności i próbuje się najpyszniejszego jedzonka na świecie, no nie da się. A ta kawa….i ciacha…

Kurczak…przepraszam! Bardziej ten wpis nadawałby się na bloga podróżniczego lub kulinarnego niż o bieganiu. Jednak musicie mi wybaczyć! Po prostu chcę żebyście poznali to miejsce i kiedyś je odwiedzili :).

Jeśli nie ze względu na sam start w maratonie to dla zabytków, albo jedzenia chociaż (aż!!!), toż to raj na Ziemi dla kubków smakowych! :).

Pragnę Was uspokoić, że można złapać danie loty do Porto, hotele również można znaleźć w dobrej cenie z codziennym sprzątaniem pokoi i wymianą ręczników i pościeli. Serio! Trzeba tylko trochę poszukać.

Sama nie wierzyłam, że udało nam się znaleźć świetne miejsce, w dobrym standardzie, blisko centrum i do tego za małe pieniądze. Wystarczy poszukać 🙂
Odwiedzicie?

Obiecajcie mi to i przejdę dalej do opowieści o Maratonie w Porto 🙂 <szantaż>