fbpx

Porto Maraton 2018- akt II- ostatni.

Jeśli  pierwsza cześć relacji z Porto Maratonu 2018 Cię nie zanudziła na śmierć to zasługujesz,  aby dowiedzieć się jak wyglądała sama impreza oraz otoczka Maratonu w Porto.  Będzie szczerze,  momentami żenująco.  Bo tak też się czułam.  Bez owijania. I co najważniejsze: będzie długo! Przygotuj więc sobie pyszną herbatkę czy kawkę, popcorn i do miłego zaczytania 😀

Do dzieła !

Główne otwarcie Maratona do Porto czyli Porto Maratonu 2018 rozpoczęło się przeddzień startu głównego biegu i dwóch biegów towarzyszących,  czyli bieg na 15 km i 6 km.

Łączna liczba uczestników na wszystkich trzech dystansach to 25 tysięcy.  Pierwszy raz brałam udział w tak dużej imprezie stąd pojawiła się niemała ekscytacja kiedy weszłam do centrum kongresowego Alfantega. Właśnie tam miało miejsce Expo,  odbiór pakietów oraz pozostałe wydarzenia jak wywiady, panele dyskusyjne czy koncert mojego ukochanego Fado ❤.

Cały kompleks jest imponujących rozmiarów, a impreza podzielona była na trzy części.  W jednej odbieraliśmy numery startowe, gdzie również mieściło się Expo ze stoiskami różnych firm sportowych. Liczba stoisk delikatnie mniejsza niż w Polsce. Wybór produktów u nas jest też dużo większych na tego typu wydarzeniach.

Przyklejone na posadzce kolorowe linie ciągnące się poprzez cały gmach budynku prowadziły w zależności od koloru: żółty do drugiej części gdzie odbieraliśmy uzupełnienie pakietu: plecak z zawartością i agrafki 😉

Niebieska linia kierowała natomiast ma Pasta Party w podziemia obiektu.
Od samego wejścia więc organizatorzy zaskakiwali pomysłowością.

Wszędzie rozwieszone ekrany, rozstawione głośniki. Puszczane najważniejsze momenty z maratonów z poprzednich edycji, tych najbardziej historycznych również. Od drzwi ciarki pojawiały się na ciele, podniosły nastrój i podniecenie udzielało się każdemu. Pod tym względem organizatorzy pozamiatali. stworzyli atmosferę, która sama w sobie dawała mega motywacyjnego kopa 😊

Widać było, że włożyli w ten event masę energii. Po odebraniu plecaka w kolorze żółtym ( tutaj mega zaskok bo nijak według mnie nie współgrał z identyfikacją wizualną imprezy – spaczenie zawodowe 😅). Mimo to całkiem fajny i poręczny, chociaż słabej jakości i wątpliwej wytrzymałości jak się później okaże. W plecaku standardowo pojawiły się ulotki, koszulka techniczna, fajna szara (krój tylko męski), shake proteinowy i śmietana do sałatek 😂, a także mapa Porto, informator oraz gazeta o tematyce biegowej.

Po odebraniu całego pakietu poszliśmy niebieskim szlakiem na Pasta Party. Do ceny pakietu (45€)  doplaciliśmy dodatkowe 3 € w trakcie rejestracji za możliwość udziału w poczęstunku.  W sumie myślałam, że to będzie wyglądało tak jak u nas standardowo. Takie pitu pitu, makaron z jakimś sosem, herbata,  kawa i do domu. Tu natomiast po raz kolejny Orgi zaskoczyli 🙈

Weszliśmy w podziemia budynku, gdzie od wejścia czekał na nas sznur stołów z jedzeniem i elegancko ubraną obsługą, niczym w najlepszej restauracji ( o kurła, a ja taka w dresie nieogarnięta z pierzem na głowie zamiast włosów! …🙄 Przez moment poczułam się nie na miejscu  ^^). Robię więc to co inni, biorę tackę i idę przed siebie. Jeden Pan nakłada makaronik spaghetti, milusio się uśmiecha i prosi o przejście dalej. No to idę 😅 Następna pani nalewa sosiku,  a kolejna posypuje parmezanem. Mniam. Biorę za koleją (papuguję 🙈) galaretkę w kubeczku, jabłko, napój ( do wyboru trzy rodzaje piwerka, napój pomarańczowy,  radler,  kawa),  no i buła 😀.

Trochę się nazbierało więc siadam 🤗 Trzeba dodać, że kto chciał to mógł brać dokładkę, dokładkę dokładki itd.itd. 😉

Nie to, że ze mnie dzik jakiś i nie umiem się zachować w towarzystwie, po prostu jakiś taki zaskok totalny mną zawładną, bo ja taka bardziej do polowych warunków przywykłam na tych wszystkich maratonach 🙂

W rzędach pod kopułami rozstawione były stoły, gdzie dla każdego znalazło się miejsce. Przy akompaniamencie saksofonu mogliśmy w licznym gronie biegaczy z całego świata spożywać makaronik i inne smakowitości 🤗

Po napełnieniu brzuszków udaliśmy się na koncert muzyki Fado.  Bardzo melancholijny rodzaj muzyki, nazywany portugalskim bluesem,  gdzie w tym wypadku wokalistka śpiewa przy akompaniamencie dwóch gitar.  Niesamowite przeżycie 😍 Kto wrażliwy niech posłucha <3

Tym miłym akcentem zakończyliśmy swój udział w Expo. Trzeba było coś jeszcze skubnąć i wracać do hotelu aby przygotować się na jutrzejszą walkę.

Już wiadomo było, że pogoda nie będzie łaskawa.

FINAŁ

Na dzień startu Porto Maratonu 2018 pogoda jeszcze się pogorszyła.  O 7 rano było bardzo zimno,  kropił deszcz i zaczął wiać silny wiatr.  Nim dotarliśmy na start trochę czasu minęło, mimo że wybraliśmy się bardzo wcześniej na metro. Mieliśmy szczęście bo potem cała komunikacja była przeludniona.  Już my wsiadając na jeden z podatkowych stacji nie mieliśmy zbyt wiele miejsca w środku.  Na kolejnych przystankach było już tylko gorzej. Doszło nawet do tego, że ludzie zaczęli wypychać siebie nawzajem z metra… Uprzedzam: Nie, to nie byli Polacy 😏.

Kiedy już dotarliśmy na miejsce pierwsze co oddaliśmy depozyty.  W te małe plecaczki trzeba było zmieścić swój depozyt,  nie było worków tak jak u nas na depozyt.  Jako takie worki były, ale zostały one rozcięte na pół i miały służyć jako wierzchnie okrycie dla biegaczy.  Pierwszy ZONK.  Dość długo w ogóle trzeba było czekać w kolejce aby oddać swój depozyt,  co wprowadziło nerwowość bo nagle bezpieczny zapas czasu skurczył się błyskawicznie.

Organizatorzy popełnili gafę bo strefy depozytu podzielone były po 1000 nr, a nie tak jak u nas na mniejszą ilość co znacznie usprawniłoby zadawanie i późniejszy odbiór rzeczy po biegu.  Kolejna wtopa to ilości toi toi. Na 25 tysięcy ludzi przygotowano ok.20 toalet…. Niektórzy ludzie załatwiali swoje potrzeby pod siebie.  Dosłownie.  I to chyba nie kwestia silnej potrzeby tylko po prostu mentalności. Ja byłam w szoku widząc spacerującą kobietę czy mężczyznę, którzy nagle praktycznie na środku placu ściągają dolną garderobę i…  Chyba nie muszę kończyć 🙄.
Komu udało się skorzystać w cywilizowanych warunkach ten szczęściarz, komu nie ten ma pecha i leci spóźniony na start.  Mi się udało! 😂😎 Ale też byłam już spóźniona i w te pędy z nim człowiekiem biegam na start.  Jak się okazało to jeszcze prawie kilometr dalej od depozytu i placu z toaletami i jakimiś wiatami pod plandeką, które potem miały nam służyć za szatnie…
Dotarliśmy na start kiedy nasza strefa już wystartowała,  udało nam się dogonić strefę na 4:15! Uff…

Niby pogoda idealna na życiówki i bieganie.  Ale…

Idealna gdy nie wieje i nie biegnie się przy oceanie i rzece.
Bieg zaczęliśmy dobrze 👍 Mimo spóźnienia na start goniliśmy grupę na 4:00. Do 15 km szło ok, jednak tutaj kolejny błąd organizatorów.  Na mapie oznaczony był pierwszy punkt z jedzeniem, którego niestety nie było. To znaczy był, ale zamknięty, jedzenie,  napoje były zapakowane na paletach. Otwarty punkt był dopiero 8 km dalej, na 23 km.  To strasznie dużo. Przynajmniej dla mnie.  Jeśli masz problemy z cukrem to wiesz jak ważne jest dostarczanie pożywienia w odpowiednich interwałach czasowych. Miałam kilka zelek przy sobie, ale to nie wystarczyło i zaczęłam słabnąć.  Dodatkowo na ok 20 km zaczęłam znów mocno odczuwać plecy i pogoda katastrofalnie zaczęła się pogarszać.  Silny mroźny wiatr i ulewny deszcz nie pozwalały się rozkręcić. Nogi szczypały niemiłosiernie smagane zimnym wiatrem, przybrały różowy kolor i stopniowo zmieniały się w kamień.  Szczęście, że miałam kompresy i rękawki 🙈❗️  Gdyby nie to, na pewno bym zamarzła ❄.

Mój Człowiek zaczął mieć problemy ze swoim astmatycznym kaszlem więc kombo totalne. Wiedziałam, że ostatni miesiąc dał nam obojgu bardzo w kości, ale tego dnia nic nie sprzyjało. Koło 25 km to był ten moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że nie warto ryzykować zdrowia. Powoli dobiegniemy oboje, razem. Walić te czasy. Chociaż mój człowiek ćwiczył moją cierpliwość bo ciągle mnie cisnął żebym go zostawiła i leciała po swoje. Ale po co? Bez sensu .

Przylecieć na drugi koniec Europy żeby samej ukończyć maraton i to kilkanaście minut wcześniej? Nie.
Jak razem to razie. Finito.

Przypuszczam, że może udałoby mi się urwać jakieś 15 może 20 minut z tego wyniku. Nie chcę jednak myśleć co by było gdyby jednak całkiem mnie połamało lub coś gorszego by się stało. Fujka! Dobrze było jak było 😉 Momentami pogoda była znośna jednak końcówka to prawdziwy dramat.

Totalne załamanie pogody, sztorm, wiatr, który przesuwał mnie na boki i tnący deszcz, którego każde krople piekły i bolały. Na metę wbiegaliśmy praktycznie truchtając w miejscu, taki opór powietrza 😱
Zaczęłam zastanawiać się czy aby na pewno jestem w TEJ Portugalii, którą pamiętam sprzed lat 😅. I tradycyjnie jak to ja w takich sytuacjach wybuchnęłam śmiechem niedowierzając.

Jest i ona: upragniona META !!!

A kilkadziesiąt metrów dalej czekały na Nas medale, piękniusie i koszulka Finishera 😍😍😍

Jeszcze tylko szybka foteczka z medalem tuż po. Mój człowiek nie chciał, mówi ‚później zrobimy sobie zdjęcie, zimno’. Ale to co później się działo…  Na szczęście nie posłuchałam i jakaś pamiątka została 😊.  Uśmiech szczery bo i radość ogromna.  Wszak moje marzenie się spełniło.

Może nie do końca, bo miałam połamać 4 h, a tu grubo ponad wyszło. Grunt jednak, że w mojej ukochanej Portugalii i że mogłam towarzyszyć mojemu człowieku w jego debiucie maratońskim na asfalcie 🤗.

Tyle z euforii😅.

Otrzymaliśmy banana, jakiegoś energetyka, wodę i shake’a proteinowego, zero ciepłej chociażby herbaty. Następnie już mocno kłapiąc zębami, przemoczeni do suchej nitki udaliśmy się do depozytu po nasze suche ubrania. I tam doznałam szoku.  Kolejki jak na koncert Martyniuka, do wszystkich bramek,  a obsługa i ochrona biega jak szalona pomiędzy namiotami.

Totalny chaos.

Wszyscy napierają bo chcą jak najszybciej dostać swoje rzeczy i móc skryć się przed ulewą i potwornym wiatrem, który z każdą chwilą dął coraz mocniej. Czekaliśmy w tej kolejce ponad 20 min.  Wszyscy przemarznięci, niektórzy mieli aż sine usta…

Widok straszny, dziwię się że nikt tam nie umarł.  Kiedy już udało nam się odzyskać nasze rzeczy szukaliśmy namiotu gdzie moglibyśmy się przebrać. Ustawione były trzy…. Pełne ludzi stłoczonych przy sobie. Ręce opadły.  Aż nagle dostrzegłam, że stoją tam ludzie w zimowych kartkach że złożonymi parasolami…

Coś we mnie pękło,  wkurw osiągnąć apogeum i się wylało.  Jakiejś Pani Niemce… Przeprowadzam, to nie było zamierzone😫.
Tak wyszło, ech.

Sfrustrowana z wyrzutem przegoniłam towarzystwo,  bo to miejsce dla biegaczy, żebyśmy mogli się przebrać z przemoczonych spodenek i koszulek w ciepłe ubrania.  Trochę chyba argumenty przemówiły bo nagle miejsce się dla naszej dwójki znalazło (wiem, zachowałam się jak potwór).

Niestety żadnych ławek czy miejsc gdzie można usiąść i w spokoju się przebrać. Kilkadziesiąt osób stłoczonych pod jednym namiotem.  Trzeba było sobie jakoś radzić. Jakoś zdjąć to wszystko z siebie i ubrać szybki suche rzeczy. Temperatura oscylowała wokół 5 stopni odczuwalnej….

Nie byłam w stanie sama zmienić ubrania.  Michał trzymał moje rzeczy, ja stanęłam na jakimś worku żeby móc zdjąć buty i przebrać spodnie. Wszędzie błoto i mokro.  Bardzo miła starsza Holenderka pomogła mi się odziać.  Bardzo byłam jej wdzięczna bo sama nie potrafiłam złapać palcami bluzy żeby wciągnąć ją na mokre ciało.  Na szczęście jakoś udało nam się ubrać, jednak strasznie głodni i przemarznięci marzyliśmy tylko o gorącej kąpieli i ciepłym łóżku.

Wróciliśmy do hotelu ostatkiem sił, stałam pod wrzącym prysznicem dobre pół godziny nie czując zbytniej ulgi.  Dopiero klima na 30 stopni i kołderka zrobiły robotę 🤗.

Podsumowując

Koniec końców przygoda super, ale Organizatorzy zawiedli pod względem samego biegu. Impreza otwierająca cały Porto Maraton 2018 w Alfantega miazga, wszystko dopracowane do ostatniego szczegółu. W tym wszystkim jednak zapomnieli o najważniejszym czyli o samym biegu.  Zabrakło strategii,  dobrej logistyki,  przemyślenia, planu B?  Bardzo przykre.

Zapewne gdyby nie pogoda to nie zostałyby obnażone tak dotkliwie braki organizacyjne. Stało się jednak inaczej.  Oczywiście pojawiło się oficjalne pismo z przeprosinami w stronę biegaczy, ale jednak niesmak pozostał.

Jeśli mogłabym wybierać gadżety na Porto Maratonie 2018, to wolałabym dostać jedna koszulkę, nie dwie. A zamiast tego ciepły posiłek/napój na mecie, miejsce na przebranie, sprawniejsza obsługa depozytu i więcej toalet.

Wspomnienia z całego wyjazdu super, niewykluczone że jeszcze wrócę kiedyś na tą imprezę aby oczarować niesmak lub na inny maraton w Portugalii,m może Lizbona ? 🙂

Jedno jest pewne, to był mój pierwszy bieg w tak trudnych warunkach i na pewno takie doświadczenie zaprocentuje w przyszłości 😊

Nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli, jednak wszystko jest po coś 😀.

Mam nadzieję, że Ciebie nie znudziłam.  Co myślisz o tym biegu i mojej ocenie imprezy?

Chętnie dowiem się jak Ty to widzisz 😀.

A jeśli nie czytałeś pierwszej części relacji to zapraszam do nadrobienia o tutaj.

Natomiast jeśli ciekawi Cię mój debiut w biegach ultra to zapraszam do dwuczęściowej relacji poniżej:

Ultramaraton Magurski- jak zostałam ultrasem cz. I

Ultramaraton Magurski- jak zostałam ultrasem cz. II