fbpx

Tegoroczna relacja z Magurskiego będzie zgoła inna niż poprzednia.

A to dlatego, że inaczej wyglądał mój ostatni rok, przygotowania i inne składowe, które miały wpływ na ten bieg.

Magurski miał być jednym z 3 ważnych startów w tym roku obok Rzeźnika i Bieszczadzkiego. Koniec końców odpuściłam Rzeźnika, a i Bieszczadzkiego nie pobiegnę.

Ale do wioseł!

V Ultramaraton Magurski 2019 miał być miłym akcentem na pocieszenie  w związku z niezrealizowanymi planami na ten rok. Trasa tegorocznego krótszego dystansu  MUR 67 km (nota bene dłuższego o 10 km niż w roku ubiegłym!) miała lecieć częścią trasy zeszłorocznej setki. Czyli bardziej atrakcyjnym widokowo szlakiem i delikatnie bardziej wymagającym terenem.

Tak też się stało. Nie powiem, żeby Organizator nie wywiązał się z założonego planu. Szacuneczek za dotrzymanie słowa :).

Było pięknie, wymagająco i naprawdę ciężko. Teraz wiem, że moją kondycję w tym roku dzieliła przepaść w porównaniu do roku ubiegłego. Wiadomo, że bardzo wiele czynników miało na to wpływ, zaczynając od zmiany trasy, przez pogodę po najważniejsze, stan mojego zdrowia i ogóle przygotowanie. Człowiek jednak łudził się, że jak w roku ubiegłym przeszłedł sobie koło tego biegu bez żadnych emocji, tak będzie i tym razem. Okazało się jednak, że ten bieg sponiewierał mnie totalnie. Całkowity brak przygotowania i świadomości w jakim miejscu obecnie się znajduje spowodował, że przecierpiałam okrutnie i wymęczyłam te 67 km.

Raz na wozie raz pod wozem.

Ból był nie no zniesienia, do tego stopnia że na 62 km zacisnęłam zęby i ostatnie 5 km postanowiłam jakimś cudem jeszcze przebiec. Tylko po to aby ten ból trwał jak najkrócej. Wiedziałam, że jeśli będę szła to ten czas walki znacznie się wydłuży, a ja nie wiedziałam czy byłabym w stanie tyle wytrzymać. Do tej pory nie wiem.

Do teraz zastanawiam się co musiałam mieć w głowie, że nie odpuściłam, nie zeszłam z trasy. Miłam łzy w czach, zagryzałam wargi, zaciskałam pięści, łamał mi się głos. Na samą myśl czuję przerażenie, z jednej strony dumę, z drugiej obawę, że w takich momentach nie myślę logicznie. Nie zastanawiam się nad konsekwencjami swoich czynów. Taki hart ze mnie…  Nie potrafiłam odpuścić, a to nie zawsze jest dobre jak widać.

Na metę wbiegłam prosto w ramiona mojego Człowieka, który już tam na mnie czekał ze znajomymi, którzy wiwatowali i cieszyli się razem ze mną, że to już koniec, że dałam radę. Może nie było widać tego szczęścia, ale naprawdę je czułam. Byłam po prostu wykończona tym bólem, który mnie zdominował. 

Od razu zbadał mnie lekarz, okazało się że przeciążyłam dość mocno ścięgno przypiszczelowe i prostownika na tyle, że były one napięte jak struny od gitary. Przerodziło się to w zapalenie ścięgien co od ponad dwóch tygodni staram się wyleczyć. Niestety obecnie nie biegam i jeszcze conajmniej przez tydzień tak będzie. W związku z tym zapadła decyzja o rezygnacji ze startu w jesiennym Ultramaratonie Bieszczadzkim i zakończeniem sezonu 2019.

Trasa

Wracając do trasy była świetna!

Na starcie dobili nas ok. 15 km cudownym morderczym podejściem na Kolanin, gdzie przywitali nas wolontariusze pod patronem Fundacji Biegu Rzeźnika na pierwszym punkcie żywieniowym plus sam ojciec dyrektor Mirosław. 

Ten Kolanin to taki trochę nasz kielecki Patrol razy dwa^^. Kto był ten wie:)

Potem piękna Magura Wątkowska ok. 23 km. Wołowiec na 30 km i drugi punkt żywieniowy z kolejną super ekipą wolontariuszy Magurskiego!

 Dalej zapierająca dech w piersiach Nieznajowa poprzecinana potokami w upale, który lał się z nieba niespodziewanie. Tam tez pierwszy raz w życiu miałam omamy, wydawało mi się, że widzę rwącą rzekę pośród której znajdowały się co rusz kapliczki z piaskowca, po czym okazały się to falujące na wietrze łąki <3 . Taki klimat.

Następnie ostatni punkt żywieniowy w Ożennej na 50 km i powitanie Oli „dasz radę Ada” i ostatnie długie ciężkie podejście na Wysokie już w towarzystwie Pawła, który podjął ze mną walkę aby dokończyć ten trudny etap.

Meta!!!

Na metę wbiegłam wyczerpana. Od 52 km dopadł mnie potworny ból przypiszczelowego i ścięgna prostownika palucha, który potęgował wraz z mijającym czasem. Od 53 do 62 km nie byłam w stanie nawet iść, musiałam w przykurczonej pozycji starać się robić każdy kolejny krok. Jakiś biegacz pożyczył mi swoich kijów, abym mogła się podeprzeć i jakoś doczłapać do mety. Niestety nie ogarnęłam synchronizacji nogi-ręce- kije. Totalna poracha. Męczyłam się strasznie. Na 50 km kiedy jeszcze było dobrze i dotarłam na ostatni punkt odżywczy porwałam jeszcze kumpla, który poddał się i zrezygnował z ukończenia biegu. Zmobilizowałam go jednak i wyruszył ze mną na ostanie kilometry walki. Tym bardziej zirytowało mnie kiedy po chwili moje ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Noga nie była w stanie nawet iść, ból był nie do zniesienia. Nigdy wcześniej nie przeżyłam takiego cierpienia w trakcie biegu. 

Bieg sam w sobie i atmosfera całej imprezy nieziemska jak w 2018, a na koniec ognisko, które stało się już tradycją i w sumie chyba każdy na nie czeka z niecierpliwością :).

To co wolontariusze i organizatorzy robili stawia ten bieg w ścisłej czołówce pod kątem organizacyjnym w Polsce. Rodzinna atmosfera, pełna serdeczności i uśmiechu, szacuneczek dla każdego.

Ogólnie Peace and Love na 100%. 

Kocham ten Bieg ot co! <3

W przyszłym roku chyba nie zawaham się znów pojechać w Beskid Niski:D Myślmy pozytywnie, kiedyś ta zła passa musi minąć i może powalczę o jakąś życióweczkę ;D

A jak Wasze wrażenia z Magurskiego? Byliście? Planujecie start w przyszłym roku? Jeśli macie jakieś pytania chętnie postaram się na nie odpowiedzieć 😀